« Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek - fragment 2 | Home | Nowe idzie - recenzja na portalu paradoks »
Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester - fragment 1
2009/01/20
We śnie Michu widział Klementynę, tak śliczną jak zawsze, z ciemnymi warkoczykami, jeszcze ciemniejszymi oczami i tym cudownym noskiem, który po prostu nie mógł być śliczniejszy. Taki zadarty, obsypany piegami jak łąka kwieciem. Dziewczyna uśmiechała się do niego słodko, a w dłoniach trzymała wielki kolorowy budzik. Minutowa wskazówka miała pomarańczową barwę, dokładnie taką, jak strój Świętego Mikołaja i wskazywała za trzy dwunastą. Klementyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej, ukazując bieluchne, równiutkie zęby. Nagle uniosła budzik nad głowę i rozwaliła.
Budzik trzasnął, wypchnięta przez sprężyny tarcza odskoczyła, a pod nogi Micha posypały się śrubki i kółka zębate. Chłopak podskoczył. Uśmiech Klementyny oplatał już całą twarz, kąciki ust zapewne stykały się na karku. Skóra najpierw jej pociemniała, by zaraz przejść w lekko zgniłą zieleń. Zniknęły nogi, ręce i korpus skarlały, a osamotniona głowa wydawała się sterczeć wprost z plakatu nad biurkiem. Konkretnie w miejscu Hana Solo. Antyrama pękła, kawałki szkła błyszczały na dywanie, a w nich stało żółte oko na dwóch nóżkach, z małymi rączkami, i popiskiwało nerwowo w kierunku zielonej głowy. Michu przetarł oczy. Co za idiotyczny
Przekręcił się na łóżku, zapalił lampkę nocną, ale sen ani myślał zniknąć. Michu uniósł się na łokciach, odrzucił koc. Zielona głowa wciąż sterczała z plakatu, a stłuczone szkło wyglądało całkiem realnie. Głowa zsunęła się ze ściany. Nad biurkiem wisiała teraz istota mniej więcej metrowego wzrostu, odziana we wściekle fioletowy, obcisły kombinezon. Miała dwoje ogromnych szarych oczu, zieloną skórę i usta maleńkie niczym kropka. Nad okrągłą głową falowała korona z intensywnie zielonych czułków długości ołówka. Każdy zwieńczony był postrzępionym pomponikiem. Istota być może miała też nogi, ale te wciąż tkwiły w ścianie, podobnie jak lewa ręka. Prawą wyciągała w przyjacielskim geście.
Michu usiadł na brzegu łóżka i zapalił lampkę na biurku. Istota posłała mu uśmiech, czułki zafalowały, a wielkie oko na podłodze zapiszczało z przejęciem. Michu pojął, że to nie sen. Popatrzył na oko z nóżkami, na drugiego gościa, na czułki, falujące niczym gięte łagodną falą ukwiały, i zaczął wrzeszczeć co sił, mało płuc nie wypluł. Zielony gość odpowiedział tym samym, darł się, ile tylko mógł, wytrzeszczał oczy, a czułki stanęły dęba. Michu zamilkł. Tamten również.
No to pięknie, pomyślał Michu, zwariowałem. UFO, Święty Mikołaj, a teraz dwóch kosmitów czy innych cudaków! Przetarł oczy, wstał, ale dziwaczni goście wcale nie zamierzali zniknąć. A może udawać, że ich nie ma? Michu poprawił pidżamę, ostentacyjnie odwrócił głowę od biurka i uważając, by nie wdepnąć w potłuczone szkło, podreptał do kuchni napić się wody.
Tu wszystko było cudownie zwyczajne - wysoka lodówka, stół pośrodku, szafki z Ikei. Znalazł przepyszną chłodną wodę, nalał do szklanki i jeszcze pociągnął z butelki trzy solidne łyki. Za oknem noc, na niebie tylko księżyc i gwiazdy. Żadnych statków kosmicznych ani sań z Mikołajem. Zegar nad drzwiami wskazywał trzy minuty po dwunastej. Dobry znak. Zwidy z pokoju zniknęły.
Ledwo Michu tak pomyślał, a już poczuł, że coś szarpie go za nogawkę. Zobaczył żółtą rączkę, uczepioną pidżamy na wysokości kolan, a niżej wielkie, przejęte, samotne oko na kaczych łapach. Błyszczało niczym ekran starego komputera. Zamrugało.
– Najmocniej przepraszam. – Głos był metaliczny, a zarazem jakby znajomy. – Szef mi się odrobinkę zaklinował przy teleportacji i trzeba go wyciągnąć, a ja, co tu ukrywać, jestem początkującym czarodziejem. – W oku coś chrząknęło. – Potrzebujemy nieco mechanicznej siły, żeby go wykaraskać. Ja nie sięgam. Poza tym nie mogę jednocześnie liczyć algorytmu i szarpać kogoś za głowę.
Michu jęknął. Gadające oko to jedno, ale fakt, że wysławia się po polsku to już szczyt dziwactwa. Zajrzał do pokoju. Zielony korpus we fioletowym kombinezonie nadal sterczał z plakatu. Czułki zadrżały z podniecenia, na zielonej twarzy wykwitł przyjazny uśmiech. Prawa ręka wskazała jarzący się na obroży czerwony przycisk. Michu potrząsnął głową.
– Przecież nie będziemy tak czekać do rana – odezwało się oko. Michu odgiął się do tyłu i wyciągnął rękę tak daleko, jak umiał. Wcisnął przycisk, coś zaszumiało, szare oczy wyraźnie się rozszerzyły.
– Priwiet, zdrastwujtie drug – wykrzyknął zielony, a Michu zrobił bardzo głupią minę. Z oka wydobył się dźwięk, przypominający nieco złowrogi odgłos, który wydają garnki, spadające hurtem z suszarki. Zielony odpowiedział podobnym, czułki zastygły, by zaraz niespokojnie zafalować.
– Szczęść Boże, towarzyszu! – zawołał radośnie i zaraz dodał, już ciszej: – Wybacz, ale na twojej planecie jest tyle języków, że każdy by się pogubił. Byłbyś tak miły – uśmiechnął się, a czułki zadrżały – i pociągnął mnie za głowę? Tylko troszeczkę. Będzie nam się lepiej rozmawiało.
Michu popatrzył na niego jak na durnia i zamiast odpowiedzieć, chwycił w miejscu, gdzie każda normalna istota ma uszy. Czułki teraz przylegały ściśle do czaszki, wyraźnie czymś przejęte. Oko zaczęło się jarzyć. Michu szarpnął. Poszło zaskakująco łatwo, obcy oderwał się od ściany i polecieli z impetem na łóżko. Michu jęknął, tamten sapnął, odskoczyli od siebie. Jeśli to nie sen i nie obłęd, przeszło chłopcu przez głowę, to co?
Obcy zaplątał się w pościeli. Michu cofnął się bezradnie, cudem nie rozciął sobie nogi o kawałek szkła. Ze zdziwieniem stwierdził, że owszem, antyrama się stłukła, ale plakat, z którego przed chwilą sterczał niecodzienny gość, nie ma ani jednej, najmniejszej nawet dziurki. Przyjrzał się - Luke Skywalker miał chyba jeszcze głupszą minę, niż zwykle.
Zielony wygrzebał się z pościeli. Oko wskoczyło na łóżko i z niemal kosmiczną nabożnością wytrzeszczyło się na figurkę małego czarodzieja w okularach. Podskoczyło trzykrotnie, najpewniej z radości.
– O rety! O rety! – Podskakiwało dalej, nie odrywając spojrzenia od małego czarodzieja. – To przecież ja!
<< Powrót do Michu oraz Wszechgalaktyczny Sylwester
